niedziela, 31 marca 2013

14. I'm the one who wants to be with you


Mr Big – To be with you,

5 miesięcy później.

* Cherry *

- Nie możemy się wiecznie ukrywać. - westchnął Harry, przerywając parogodzinną ciszę – Nieważne jak bardzo nam się tu podoba. Wiesz, że oni nas potrzebują.
Leżeliśmy na kocu, w cieniu rozłożystego drzewa. Niebo było błękitne, trawa zielona, a jego loki taaaakie brązowe.
- Jeszcze minutka..- odezwałam się, unosząc jedną powiekę – Zaraz pójdziemy.
- Wiesz, że nie o to mi chodzi – odgarnął mi z oczu grzywkę – Musimy wracać do Londynu.
Trawiłam jego słowa jakąś godzinę, a w międzyczasie parę razy przysypiałam. Cały czas tkwiliśmy w tej samej pozycji, przysłuchując się odgłosom sadu. Leżałam na jego brzuchu, więc dodatkowo słyszałam każdy przepływ jego soków żołądkowych i innych rzeczy tego typu.
I było mi dobrze.
Wyjątkowo dobrze.
- Masz telefon?
Harry pogrzebał w kieszeni i po chwili wręczył mi swoją porysowaną komórkę. Nie używałam tego typu rzeczy od ponad pół roku, więc minęła kolejna godzina, zanim połapałam się gdzie jest przycisk łączący z internetem.
- Ale z ciebie ciamajda – stwierdził, a po chwili zaśmiał się – Co robisz?
- Wchodzę na Twittera. Kiedy ostatnio się logowałeś?
- Bo ja wiem.. parę dni przed konferencją prasową. A ty?
Ledwie przypomniałam sobie hasło i nazwę.
Wszystko wyglądało tak, jak za ostatnim razem. Nacisnęłam przycisk interakcji i...
' Cherry, tęsknimy za wami. ' ' Cherry!!! #wewant1DandSOSback' ' Gdzie jesteście?' ' Dlaczego nas zostawiliście?'
I nagle wszystko wraca.
Przyśpieszone bicie serca, mrowienie w stopach, 3,2,1..
Gotowe?
Wchodzicie.
Mikrofon w dłoni. Światła, przygrywka gitary.
Widownia. Ci, którzy kochają cię mimo wszystko. Druga rodzina?
Być może.
- Harry – wstałam z jego torsu i usiadłam obok – kiedy ostatnio śpiewałeś?
- Słucham? - Lokowaty spojrzał na mnie ze zdezorientowaniem. Po chwili podniósł głowę i położył ją na moich kolanach – no.. bo ja wiem... ostatnim razem chyba dzień przed galą, kiedy pisaliśmy piosenkę..
Gala.
Na samo wspomnienie tego wydarzenia wzdrygam się mimowolnie.
Krzyki, strzały, mężczyźni w czarnych garniturach..
A potem najgorszy miesiąc mojego życia.
- Tak. Ja też. - pokiwałam głową, patrząc na jezioro. - Wiesz, że jej nie skończyliśmy?
Przeniosłam wzrok na jego twarz. Twarz, która parę miesięcy temu była cała pokiereszowana, zakrwawiona.
Prawie martwa.
Harry jest taki młody. Niczym nie zasłużył sobie na to, co go spotkało. Ani on, ani ja.
Nikt z nas.
A teraz się uśmiechał. Słońce tylko podkreślało to, jak bardzo promieniał w tej chwili.
Mój..chłopak? Trochę dziwnie to brzmi. Już dawno awansowaliśmy na etap zaawansowanego małżeństwa, które wspomina na bujanych fotelach swoje jakże długie (no, osiemnastoletnie) życie.
Potrzebowałam go, a on potrzebował mnie. Dzięki temu uczuciu jakoś przetrwałam dni, które skąpane były w mokrej od potu i łez pościeli. Dni, w których żyłam od sennego koszmaru do koszmaru na jawie.
Prawie go straciłam. Gdyby wtedy, pod stopami Josha umarł, nigdy nie usłyszałby tego, co miałam zamiar mu powiedzieć. Nie mogłabym już spojrzeć na te roześmiane oczy, niesforne loki, szczery uśmiech..
- Co tak nagle wzięło cie na to śpiewanie, co? - zaczął się bawić moimi palcami – Chcesz.. wrócić?
- Nie wiem.- wolną ręką odgarnęłam loki z jego twarzy – Ostatnio niczego nie jestem pewna.
- Że co? Nawet tego, że mnie kochasz?
- A, no tak. Tego jestem pewna w stu procentach. Myślałam, że to oczywiste.
Miał rozbrajającą minę i na sam jego widok zachciało mi się śmiać. Był niewinny, spokojny – takiego Harry'ego teraz potrzebowałam.
- Chodź, pomożemy w obieraniu ziemniaków – wstał i pociągnął mnie za obie ręce do góry – a co do piosenki... no, napiszemy ich jeszcze bardzo dużo. Nigdzie mi się nie śpieszy. Mamy przecież całe życie przed sobą, panno Styles.
- Kurde, to brzmi jak końcówka Zmierzchu. Czyli, 'na zawsze' i te sprawy?
- Na zawsze. No, racja, coś jak Bella i Edward, moje ziomy z podwórka.
Objął mnie ramieniem.
On był mój.
Ja byłam jego.
I to był nasz świat.

*Ellie*

- Nie wiem, dlaczego mi nie wierzą, Glimmer. - pokręciłam głową, wpatrując się w twarz fioletowowłosej – Przecież nie zwariowałam. Widzę cię od dwóch tygodni. Wyglądasz tak, jak chciałam cię zapamiętać. I jesteś tutaj.
Powtórzyłam to chyba setny raz, chcąc przekonać samą siebie do prawdziwości tych słów.
Chciałam w nie wierzyć, ale to wszystko było takie nierealne.
Równe czternaście dni temu siedziałam w tym samym miejscu – grubej gałęzi czereśni. Moje myśli ciągle błądziły gdzieś w okolicach Glimmer, ale starałam zająć się czymś innym. Wpatrywałam się uporczywie w grupkę wróbli, które siedziały parę gałązek wyżej.
Pamiętam tę chwilę.
Zamknęłam oczy, nie unosząc powiek przez dłuższy czas. Jak zwykle rozpatrywałam różne możliwości spędzenia choć jednej chwili z nią – powiedziałabym jej to, czego nie zdążyłam, poczułabym świeży zapach jej włosów, ujrzałabym ten cudowny uśmiech. Rozmyślanie o Glimmer nie doprowadzało mnie już do płaczu – wręcz przeciwnie, stawałam się wówczas weselsza.
Po jakiejś godzinie otworzyłam oczy i..
zobaczyłam ją.
Upragniona, utęskniona twarz najlepszej przyjaciółki, sympatii, utopii – cóż, martwej utopii – była widoczna zaledwie metr ode mnie.
- Wiesz, El, sądzę, że ciężko uwierzyć im w to, że osoba która teraz leży i rozkłada się w grobie, siedzi nagle na drzewie w ogródku. - znowu obdarowała mnie swoim uśmiechem numer 14. Wszystkie już przestudiowałam, a czternastka była jednym z moich ulubionych. - Dziennie dostaje dwie godziny na spędzenie ich z tobą. To nie fair, nie uważasz? Marcus może wracać do dziewczyny na cały dzień, dodatkowo w ciele! A ja nawet nie mogę cie dotknąć, bo moja ręka wlezie ci do wątroby i w ogóle cała przez ciebie przejdę na wylot. Beznadziejnie jest być duchem.
- Nie narzekaj. Cieszę się, że w ogóle jesteś.
Cóż, może zwariowałam, może powinnam trafić do wariatkowa, może to tylko wytwór mojej wyobraźni...
Ale byłam szczęśliwa. Po raz pierwszy od igrzysk czułam, że wszystko może wrócić do normy.

* Louis *

- Z kim tak piszesz, Nialler? - spytałem blondyna – Czy jej imię rymuje się z.. ziemi, prażeni, niegłuchoniemi, wszemi, podziemi ?
- Zamknij się, Louis. Ty lepiej opowiedz nam o swojej Lilo – naburmuszony kopnął moje krzesło, przez co wylądowałem na ziemi.
Bolało.
Kretyn.
- Oj, szeregowy, wiecie o niej tylko to, co powinniście wiedzieć. A ty od.. hm.. będzie już pięciu miesięcy nie chcesz się przyznać do tego, że umawiasz się z niejaką Demetrią Lovato.
- Zamknij mordę idioto!
- Dobra, ludzie, wyluzujcie – Liam wystawił twarz zza gazety, karcąc nas wzrokiem – Wieś wam służy. Aż za bardzo.
- Wiesz, Liaś, powietrze, krowy, świnie i te sprawy, ciepłe mleczko z rana..
- Żeby chociaż to było mleko.
- No dobra, dobra! Ciepłe piwo, ciepłe mleko, bez znaczenia, stary. Ale spójrzcie, tyle miłości w powietrzu. A właśnie, co tam u Dan?
Liam nie odpowiedział. Pewnie myślał, że nic a nic nie wiedzieliśmy o tym, że tydzień temu się jej oświadczył.

* Zayn *

Wpatrywałem się zszokowany w zapłakaną twarz Jane. Jej niebieskie, wyraziste oczy okalały pozlepiane od płaczu rzęsy, którymi nerwowo trzepotała. Po nieustannych rumieńcach na policzkach nie było śladu – była blada jak kreda.
Jane. Kobieta, na którą czekałem dwadzieścia lat.
Od pięciu miesięcy widziałem jej twarz co dzień, gdy kładłem się spać i gdy wstawałem. Była lekarstwem na każdą chwilę załamania, nocny koszmar czy wspomnienie igrzysk.
- Zayn, do cholery! Słuchasz mnie w ogóle?! - wybuchła jeszcze większym płaczem – Co ja teraz zrobię? Co my zrobimy? Mam tylko dziewiętnaście lat...
- Uspokój się, Jane. - przytrzymałem ramiona dziewczyny i schyliłem głowę, zmuszając, by spojrzała mi w oczy – Wszystko będzie..
- To twoja wina. To twoja wina!
- Słucham? - czułem, jak moje brwi wystrzelają w górę – Dlaczego winisz moje plemniki, a nie swoją komórkę jajową czy jak to się nazywa?
- Bo..bo.. kurde, Zayn. Przepraszam, ale.. nie. To się nie dzieje.
Dziecko.
Cóż, planowałem zostać ojcem, ale teraz? Ledwie wróciłem do jakiejkolwiek równowagi psychicznej. Jane przeżywała to znacznie gorzej ode mnie i wciąż krzyczy przez sen. Jak zdołamy to wszystko..połączyć?
Zostanie mamą. Ja tatą, a nasi rodzice dziadkami. To brzmi tak absurdalnie.
- Jane. To i tak prędzej czy później by się stało. Kocham cię i i tak zamierzałem spędzić z tobą resztę życia, więc to tylko trochę wszystko przyśpieszy. Pamiętasz, jak planowaliśmy imiona dla naszych dzieci? Gdzie weźmiemy ślub, na jaki kolor pomalujemy ściany w naszym pokoju?
- No..tak.. - przyznała, dalej tępo wpatrując się w jakiś punkt za mną. - Ale.. ale teraz?
- Teraz, jutro, za pięć lat.. to nie ma znaczenia. Ale ściany nie będą beżowe, błagam cie.
Zaśmiała się. Ten dźwięk bardzo mnie uspokoił.
- No to witaj przybyszu. Tutaj twój przystojny tatuś. – dotknąłem jej brzucha – Ciekawe, czy mocno kopnie.
- Jeju, Zayn! Buźkę niech odziedziczy po tobie, ale mam nadzieje, że pojęcie o życiu nie. Jestem w ciąży od jakiś dwóch tygodni, czym ono ma w ogóle kopać? Chodź, głupku, wracamy do reszty, trzeba będzie im powiedzieć.
Uśmiechnąłem się i objąłem ją ramieniem. Ją i moje dziecko.
Czułem się bardzo szczęśliwy.

* Cherry *

Siedzieliśmy przy ognisku od jakiś trzech godzin. Było już ciemno, a twarze wszystkich zgromadzonych rozświetlał przyjazny blask paleniska.
Moi przyjaciele, moja rodzina, mój Harry.. i ja.
Spojrzałam na moją babcię i ciocię. Odkąd rodzice zginęli to one były całym moim światem.
Uraz po igrzyskach przeżywały razem ze mną. Gdy tylko nasz stan zdrowia fizycznego jakoś się unormował, od razu kazały się pakować i przyjeżdżać. Całą ósemką zamieszkaliśmy razem z nimi. Z dala od zgiełku miasta, wścibskich reporterów, wymagających menadżerów..
Pięć miesięcy dochodziliśmy do siebie. Wieś częściowo zdołała ukoić nasze poharatane umysły. Mieliśmy siłę do tego, by na nowo się uśmiechać, być.. sobą?
Tak czy siak prawdą jest, że porzuciliśmy naszych fanów i coś, co kochamy robić.
Wszyscy przyznali mi rację.
- Będzie mi brakowało tego 'nicnierobienia' – westchnął Liam – Ale najwyższy czas wrócić. Tęsknię za fanami, za sceną, mikrofonem w dłoni..
- Taaaak. Pośpiewałbym sobie. - przytaknął Zayn. - Nie pamiętam, kiedy ostatnio to robiłem.
- No pewnie, dzieciaki, zanućcie coś. Ostatnio moja wnusia nie śpiewa nawet pod prysznicem. - zaśmiała się babcia. Odpowiedziałam tym samym.
- Ej.. em.. musimy wam coś powiedzieć. - Jane spoważniała. Poprawiła się na siedzeniu i omiotła nas wzrokiem – Ja, to znaczy my, cóż, no..
- Będę ojcem. - skwitował Zayn.
ŻE
CO
PROSZĘ?
- Ty też? - Liam aż wstał.
No świetnie.
- JEST, ZOSTANĘ WUJKIEM! I to podwójnie! - krzyknął Louis, sprawiając, że zmieszanie całkowicie zniknęło z twarzy Jane – Zawsze o tym marzyłem, jejku!
Zerknęłam na Harry'ego, który siedział obok mnie. Wyglądał na całkowicie rozbawionego tą sytuacją.
Potem przeniosłam wzrok na Jane. Znam ją, odkąd pamiętam. Zawsze była odpowiedzialna i rozważna, więc wiedziałam, że ta mała istotka w jej brzuchu nie mogła lepiej trafić.
Ale...jejku. Ona i Zayn założą już rodzinę. Liam z Danielle tak samo. Wszyscy robią się jacyś.. duzi.
A jednak wciąż są tacy sami.
Posypały się gratulacje. Nawet moja babcia była wniebowzięta, choć początkowo miałam wrażenie, że zaraz przyniesie wodę święconą i odprawi jakieś egzorcyzmy nad młodymi rodzicami.
- Może jakaś piosenka na ostatni wieczór na wsi, co? - powiedział godzinę później Niall, który przed chwilą przyniósł swoją gitarę – Propozycje?
- Dawaj Gracjana Roztockiego! - wykrzyknął Louis.
- Kogo?
- Ojej, pokazywałem wam kiedyś na YouTubie, jak znalazłem tłumaczenie tej piosenki. Jakiś stary koleś, który śpiewa o robieniu kupy. To takie fascynujące! Jest z Polski. Podobno niezła gwiazda. Cóż, co kraj to obyczaj.
Niall zignorował dziwne fantazje Louis'a i zaczął grać coś innego.
Pierwsze akordy wydawały się bardzo znajome. Wszystko stało się jasne, gdy blondyn zaczął śpiewać.
To be with you.
Wszyscy się włączyli, nawet moja babcia, ciocia i kuzynki.
Spojrzałam na ich twarze. Szczęśliwe, roześmiane twarze.
Tak bardzo ich kocham.
- I'm the one who wants to be with you. Deep inside I hope you feel it too. - Harry wlepił swoje piękne ślepia w moje.
- Waited on a line of greens and blues. Just to be the next to be with you. - dokończyłam, ściskając mocniej jego dłoń.

***

Przepraszam. 
Jest mi strasznie głupio. Ostatni rozdział, na który musieliście tyleee czekać.. 
Mam nadzieję, że nie jesteście bardzo źli. :c 
Tak czy siak.. Our unusual story dobiega końca. Następnym postem będzie już epilog. 
Wiecie, troche teraz mi sie chce płakać, kurde no jsfnjkdndfj
Dobra, ogarniam sie XD
Rozdział nawet mi sie podoba. Nie myślcie, ze pisałam go 4 miesiące. Ostatnio w moim życiu wydarzyło się sporo rzeczy, które ciężko było mi zgryźć. Osoba, która bardzo dużo dla mnie znaczy, którą bardzo kocham, ma raka. Lekarze mówią, że to jakiś czwarty stopień, co nie oznacza nic dobrego. 
Ciężko oswoić mi się z tą wiadomością.
Gdyby tego było mało, pokłóciłam się z moimi przyjaciółkami, z którymi znam się od dziewięciu lat. To nie jakaś głupia sprzeczka, bo niewiele polepszyło się przez ostatnie 2-3 tygodnie. 
W rodzinie też nie jest najlepiej, co chwile trzeba się zmagać z jakimiś kłótniami, stresem, chorobami. Oprócz tego wszystkiego muszę zakuwać do szkoły dzień w dzień. Tam nie ma taryfy ulgowej. 
Nie mam czasu na bycie szczęśliwą nastolatką, która popełnia głupie błędy, żeby potem się z nich śmiać. Ostatnio jest TROCHĘ lepiej, dlatego zebrałam się na napisanie tego rozdziału. Mam nadzieje, że teraz w ogóle wszystko wróci do normy. 
Przepraszam, że was zanudzam swoimi problemami, ale chce, żebyście wiedzieli w jakiej sytuacji jestem. 
Tak czy siak, ciesze się, że wstawiam ten post. Czekam na waszą opinię i do zobaczenia za jakiś czas, kiedy dodam epilog. 
WTEDY DOPIERO BĘDE POTRZEBOWAŁA CHUSTECZEK :D. 
Stay strong, żyrandole 
Av.xxx

niedziela, 20 stycznia 2013

Ankiety są fajne, ale pytam tu.

Okej.
Długo nad tym wszystkim myślałam. A to dla mnie nowość.
Bo po co myśleć, skoro można jeść? ;_;
To mój pierwszy poważny blog. Więc naprawdę ciężko będzie mi się z nim pożegnać, ale kiedyś to musi się stać. Pytanie tylko : kiedy?
W pierwszej wersji historia miała kończyć się na powrocie z igrzysk. Wiecie, na podsumowanie miały być takie przytulne rozdziały, podkreślające miłość i przyjaźń łączące głównych bohaterów. Ale w drugiej, ta cała rzeź miała być początkiem czego innego. Josh nie da Cherry spokoju, przez co wpadnie w straszne kłopoty. I będzie musiała coś zrobić, żeby chronić swoich najbliższych.
Ale wątpliwości wciąż mnie gryzą.
Mam ciągle wrażenie, że ta historia się już wypala. Że to będzie trochę dziwne, ciągnąc tę samą koncepcję, jednocześnie zmieniając całkowicie wątek.
Jakkolwiekby tego nie nazwać.
Moja koleżanka proponowała : Hej, głupcu, zrób inny blog w którym rozwiniesz tą kontynuację.
Ale wtedy to już nie będzie kontynuacja. Potrzebuje wcześniejszych wydarzeń, bo bez tego to nie wyjdzie tak jak miało wyjść.
Mam nadzieje że rozumiecie ten bełkot : x.
Więc nasuwa się opcja zakończenia tej historii. Wszystko kończy się dobrze. Są razem. Nie całkiem zdrowi psychicznie, ale wychodzą z tego. Wiecie : nic złego już nie może się stać.
Wtedy rozpoczęłabym inny blog. W zanadrzu mam 3 historie i wy wybralibyście, którą bym rozwinęła.
Ale z drugiej strony bardzo, bardzo kocham Our unusual story. I jestem w kropce.
Przy podejmowaniu decyzji będę brała pod uwagę wasze rady. A więc, jak macie czas, w komentarzu piszcie czy 
a) kontynuować blog ( inne, nowe wydarzenia, nowe problemy,igrzyska początkiem czegoś nowego)
b) dodać z 1-2 rozdzialy końcowe + epilog, w którym podkreślę przyjaźń i miłość, które łączą bohaterów = zakończenie historii. Zgodnie z tym założyłabym nowy blog i dała wam do wyboru historie, którą mam rozwinąć. 
Pytanie zadaję tu, bo nie do końca ufam ankietą. Niektórzy wchodzą, nie mając pojęcia o historii i klikają byle co, bo.. bo lubią klikać. Sama przez to przechodziłam.
Klikanie wbrew wszystkiemu jest fajne. No. ;_;

Av.x, kochająca swoje Żyrandole


sobota, 5 stycznia 2013

13. There were days when I had my doubts


Ross Copperman - Holding on and letting go

* Cherry *

- Odwróć się teraz bokiem, muszę rozczesać ci te kudły – Andrea siadła na łóżku razem ze szczotką i grzebieniem – Kiedy ostatnio je myłaś?
- Ym.. no.. nie pamiętam.
Istotnie, nie mam bladego pojęcia jaki czas minął odkąd ostatni raz używałam szamponu. Jakbym jeszcze musiała zaprzątać sobie głowę higieną.
- Cher, nie możesz się tak pokazać innym. Czekają na każde twoje potknięcie, żeby tylko mieć materiał na nową okładkę.
Potknięcie? Już dawno upadłam. I to tak mocno, że nigdy nie dam rady wstać.
Andrea zmusiła mnie do kąpieli. Dziesięć razy umyła mi włosy, bo dopiero wtedy stały się mniej szorstkie. Potem zostawiła mnie samą, żebym coś ze sobą zrobiła. O 16 musiałyśmy wyjść, więc miałam niewiele czasu.
Wstrzymując oddech odwróciłam się w stronę lustra. Bardzo bałam się tego, co mogę w nim zobaczyć.. i moje przypuszczenia okazały się słuszne. Po drugiej stronie jest całkowicie obca mi osoba.
To właściwie nie jestem ja. Nie moja twarz, nie moje, zapadnięte policzki, nie moje podkrążone oczy, nie moja wystająca miednica, nie moje widoczne żebra. W takim razie.. kto to?
Czerwone włosy nie sięgały mi już do ramion, tylko łokci. Jakim cudem w tak krótki czas tyle urosły?
Mój wygląd to ostatnia sprawa, o jaką mogłabym teraz płakać. Więc nie rozumiem, dlaczego moje policzki znowu są mokre. W tym całym zamęcie całkowicie zgubiłam już siebie.
Otworzyłam szafkę, która wisiała nad moją głową. Na drugim pięterku był przedmiot którego szukałam, czyli nożyczki. Złapałam w garść trochę włosów, przyłożyłam je i..
i dziesięć minut później wyszłam z łazienki z włosami skróconymi o 60 cm. Sięgały mi do brody. Może to puste, ale pozbywając się ich, starałam pozbyć się przeszłości.
- Cherry.. coś ty zrobiła..– Andrea jest załamana, a ja wręcz przeciwnie. Czuje się inna niż kwadrans temu.- eh, no.. cóż, przynajmniej będzie je łatwiej rozczesać.. usiądź, muszę..
- Uspokój się. To tylko włosy, przecież i tak odrosną.
Odkąd wydostaliśmy się z areny strasznie ją zbywałam. A ona obojętnie jak bardzo jestem dla niej niemiła, skacze koło mnie jak mama. Muszę jej to wynagrodzić... kiedyś. Teraz nie jestem w stanie silić się na wdzięczną dziewczynkę. Igrzyska pozbawiły mnie nawet tak prostych, ludzkich uczuć.
- Twoja babcia dzwoniła, ale spałaś i cię nie budziłam – ciągnęła, w międzyczasie układając mi włosy – Ivy wczorajszej nocy urodziła sześć zdrowych szczeniaczków. A fretka Ellie czuje się tam jak w niebie, bo ma nowy wybieg w jej ogródku.
- Aha..fajnie. Kiedy wreszcie będę mogła tam pojechać, co?
- Spytamy się twojej psychoterapeutki. Wszystko zależy od twojego..
- Stanu psychicznego? Ta, już to mówiłaś. Naprawdę nie uważasz, że rodzinne miasteczko będzie lepszym miejscem na dojście do siebie? Centrum Londynu nie jest specjalnie przychylne do zebrania myśli.
Andrea nie odpowiedziała. W milczeniu przygotowywała ubranie, które potem pomogła mi założyć. Może uciekać od tej rozmowy, ale obie wiemy jak to się skończy. Moja kariera nie ma już sensu, więc po co mam zostawać w tym mieście? Czemu nie mogę wyjechać z nimi tam, gdzie będziemy szczęśliwi?
- Samochód już jest – Jane weszła po cichu do pokoju, a na mój widok uśmiechnęła się – miejmy to już za sobą.
Dzisiaj ci, którzy przeżyli, jadą do studia na coś w rodzaju wywiadu. Mamy wyjaśnić światu jak my to wszystko postrzegamy.
Cieszę się, że spotkam tych, z którymi walczyłam przeciwko organizatorom, ale nie chcę wracać myślami do tamtych chwil. Media tego nie rozumieją.
Zeszłyśmy na dół, zahaczając po drodze o pokój Ellie. Nie mam pojęcia, czy ona w ogóle będzie w stanie coś mówić. Z nas trzech najgorzej to znosi.
- Wpisz w YouTubie The Hunger Games Tribute*. Ktoś to wszystko skleił w jedno, podłożył muzykę i.. i pokazali tam jak Glimmer umiera. Nikt z nas tego nie zrobił. To organizatorzy.. oni wiedzieli, co jest między nią a Ellie i chcieli przyciągnąć więcej osób na.. takie widowisko. Włamywali się w przekaz telewizyjny nie tylko na czas odcinka z igrzyskami, ale i puszczali własne reklamy. W jednej z nich zapowiadali jej śmierć. - Jane spojrzała na mnie znacząco, a ja wzięłam z szafki tablet. Ale nie jestem pewna czy chce to widzieć.
- Dziewczęta szybciej!- Andrea wypchnęła nas za drzwi. Na podjeździe czekał już samochód.
Droga minęła w milczeniu. Na przemian lustrowałam wzrokiem Ellie i Jane, które z uporem wpatrywały się w swoje buty. Boją się, tak samo jak ja.
Po dwudziestu minutach byłyśmy pod studiem. Zresztą nie tylko my..
- Boże, nie przejedziemy – szofer zaczął trąbić i krzyczeć. Na masce samochodu siedzieli fotoreporterzy, do okien przylegały twarze przeróżnych ludzi.. jak z horroru. - ZRÓBCIE COŚ WRESZCIE! - krzyczał w słuchawkę, rozmawiając z ochroniarzami budynku, którzy bezradnie przeciskali się przez tłum.
Spóźniłyśmy się aż godzinę. Pozostali przybyli o wiele wcześniej, dzięki czemu ominęli ten potop dziennikarzy.
Nie podnosząc głów, weszłyśmy do pomieszczenia i wymruczałyśmy coś w stylu 'Przepraszam za spóźnienie'. Szybko uścisnęłam kilka przypadkowych dłoni i skierowałam się w stronę jakiegoś wolnego miejsca.
- Hej, Cherry! - ktoś pociągnął mnie za rękaw – Siadaj obok mnie.
Cichy głos Harry'ego natychmiastowo zadziałał jak antydepresant. Odwróciłam się, odsunęłam krzesło i starłam się odwzajemnić uśmiech kędzierzawego. Wyglądał gorzej niż wczoraj, jakby ktoś odessał z niego całą energię.
Od razu poczułam wielką gulę w gardle, która wydawała się nie do przełknięcia. Nie potrafię oglądać go w takim stanie, bo mam wrażenie, że sama zaraz się rozpłacze.
- A więc, jeżeli jesteśmy już w komplecie możemy zaczynać – grubszy mężczyzna stanął na środku sali tak, żeby każda kamera mogła go uchwycić.
- Wchodzimy za pięć, cztery, trzy, dwa, jeden..
- Witamy państwa z powrotem, niestety z małym opóźnieniem. Jeszcze raz prosimy fanów o opuszczenie ulicy, ponieważ za ich sprawą show nie mógł zacząć się o ustalonej porze – ta, a oni na pewno mają telewizor pod pachą i właśnie tego słuchają. Mądrze. - Przejdźmy do tematu dzisiejszego odcinka. Nie znam osoby, która nie słyszała o tym, co miało miejsce zaledwie półtora miesiąca temu. Wydarzenia, które rozegrały się w niepozornym lesie równikowym wstrząsnęły całym światem.- światła zgasły, a na telebimie puszczono film.
- Co to ma być do cholery? - siedząca po mojej prawej Demi zaklęła cicho pod nosem, ale tak, żeby wszyscy słyszeli.
Kojarzy mi się to z zwiastunem do jakieś dreszczowca. Grupka nastolatków beztrosko bawi się na przyjęciu, nagle rozlegają się strzały, krzyki, trupy padają na podłogę..
Wyłączcie to, wyłączcie to, wyłączcie to. Kurde wyłączcie to!
Jesteśmy w celi. W tle jakaś beznadziejnie smutna piosenka. Widzę siebie, leżącą na podłodze, Harry'ego, wpadającego w szał, płaczącego Niall'a...
Trafiamy na arenę. Pokazują, jak umierał każdy po kolei. Jak zwierzęta rozszarpywały nas na strzępy, lub zawiadowcy Josha wbijali nóż w plecy.
Teraz pokazują pary. Każdy ma swoje szczytne parę sekund. Gdy doszli do Glimmer i Ellie, mimo że w pokoju jest cicho jak makiem zasiał, już czuję gotującą się atmosferę. Moja przyjaciółka zaraz wybuchnie i każdy dobrze o tym wie.
- Teraz jesteśmy z garstką tych, którzy przeżyli. 16 osób.. tyle zdołano wyrwać ze szponów tamtych ludzi. Zgromadziliśmy się tu aby rozwiać wszystkie nasze wątpliwości, bo oni wiedzą najlepiej co się tam działo – przed kamerą i za. A teraz zacznijmy.
Reporterzy siedzący przed nami od razu się ożywili. Wyciągnęli notesy i długopisy, mimo że wszystko zostanie uwiecznione na kamerze. Co za pozerstwo.
- A więc zacznijmy. Pierwsze pytanie od reprezentantów magazynu Vogue.
Tu przerwał, bo wyświetlili reklamę czasopisma. Powinniśmy się tu zebrać żeby wspominać zmarłych i łączyć się w bólu, a oni wciąż liczą tylko na zarobek. Świetnie.
- Interesuje nas, dlaczego Cherry płakała za Harrym, a nie Niallem. To chyba dziwne, bo są, a przynajmniej byli wtedy parą, prawda? A, i to, że Styles ją pocałował, wywołało jakieś zamieszanie w zespole? Rozchodzicie się?
Poczułam się jakby ktoś mnie spoliczkował. Przy zaproszeniu na wywiad pisali 'Czas, by przypomnieć widzą tych, którzy odeszli. Czas powiedzieć, jak to wszystko się potoczyło. Czas na prawdę'. Lotne słowa, dałam się na nie zwabić. Co za rozczarowanie.
Kamery skierowały się na mnie i Niall'a. Proszę, chłopie, powiedz coś.
Proszę.
- Kochamy się jak rodzeństwo – zaczął Horan, zerkając na mnie uspokajającym wzrokiem – Ale nigdy nie byliśmy parą. Mam nadzieje, że nasi fani nie będą na nas o to źli, bo nie my to wymyśliliśmy. Nasi menadżerowie uznali, że współprace zespołów przypieczętuje jakiś miłosny skandal. My traktowaliśmy to jak żart.
W powietrzu czuć podekscytowanie dziennikarzy. Z zapałem notowali każde słowo Niall'a i na pewno w głowie układali już temat nowej okładki. ' Wielkie kłamstwo młodych piosenkarzy. Jak zniosą to fani?' ' Fałszywa i obłudna Cherry źle działa na niewinnego Niall'a'
Prowadzący z zaskoczeniem spojrzał na reporterów, bo pewnie sam nie spodziewał się takich pytań. No, ale.. show must go on.
- Em.. dobrze, przejdźmy dalej. Teraz magazyn Teen.
Padło jeszcze 15 pytań. Parę zahaczyło o naszą ósemkę, na które Liam zdawkowo i oschle odpowiedział. Żaden z dziennikarzy nie wspomniał o ofiarach. Co prawda poruszyli temat Glimmer i Ellie, ale tylko skupiając się na tym, jak długo nasza przyjaciółka ukrywała prawdę na swój temat.
Nie odpowiedziała.
Po godzinie do studia przyszedł jakiś facet. Widziałam go wiele razy w telewizji, a szczególnie w wiadomościach. Zaczął mówić, jak bardzo kraj żałuje, że do tego dopuścił, bla, bla, bla. Akurat.
Przemówienie trwało z pół godziny. Gdy wreszcie się skończyło, do sali weszło tylu ochroniarzy, ile nas jest. Każdy z nich trzymał czarne pudełko.
- To nie zrekompensuje strat, jakie ponieśliście, ale potraktujcie te medale jako symboliczne przeprosiny i akt podziwu.
Wywoływał każdego po kolei. Gdy usłyszałam swoje nazwisko, niezgrabnie odsunęłam krzesło i ruszyłam chwiejnym krokiem w stronę mężczyzny. Cherry, czego się boisz? To tylko głupi polityk.
Nie było źle. Potknęłam się tylko dwa razy.
- Jest mi przykro, że rozdaliśmy tylko szesnaście medali. To wstrząsające, że pozostałych czternastu trybutów z nami nie ma – Po co użył określenia 'trybut'? Przecież już nie jesteśmy na arenie. - Mamy jednak wielkie szczęście w nieszczęściu. Drodzy widzowie – przeniósł wzrok na kamerę – musicie przyznać, że to cud, że aż tyle młodych gwiazd przeżyło. Ofiarami byli przypadkowi goście gali. Dwie kelnerki, jacyś mało znani serialowi aktorzy... pomyślcie co teraz moglibyśmy przeżywać, gdyby zamiast nich zginął któryś z obecnych tutaj i...
- Słucham?!
Serce dudniło mi w uszach, a przed oczami pałętały się czarne plamy. Przesłyszałam się?
Wstałam, o mało nie przewracając krzesła. Czułam na sobie wzrok nie tylko wszystkich zgromadzonych w sali, ale i tych przed telewizorami.
- Czy pan sobie żartuje? Jak można tak umniejszać ich śmierć?! - Harry szarpał mnie za dłoń, zmuszając, żebym usiadła, ale zignorowałam go – Wiecie kto tam zginął? - mężczyzna nie reagował, tylko patrzył się na mnie jak na wariatkę – Niewinni nastolatkowie, dzieci, w tym moja przyjaciółka! I wy dziękujecie Bogu, że to nie my ? A w czym się od nich różnimy? Na koncie mamy więcej pieniędzy, i to wszystko. Też jesteśmy ludźmi, wiecie? Takimi samymi jak oni. - starałam się opanować, brzmieć chłodno i twardo, ale głos od razu mi się złamał a oczy zaszkliły – jak wy tak to pojmujecie, to ja wolałabym umrzeć razem z nimi. Nienawidzę was i całej tej szopki. Wszyscy liczycie tylko na dobrą reklamę.
Zdarłam wąską tasiemkę utrzymującą medal na mojej szyi i rzuciłam nim pod nogi mojego przedmówcy.
Potem zaczęłam biec.
Jestem zwykłym zerem. Czy nie mogę żyć normalnie? Bez tego wszystkiego?
Gdybyśmy nie wybrały kariery, nadal siedziałybyśmy w rodzinnym miasteczku. Chodziłybyśmy na jakąś zwykłą uczelnie, kłóciłybyśmy się z rodzeństwem, musiałybyśmy codziennie sprzątać i po sobie zmywać. Z drugiej strony nie znałabym teraz chłopaków. I koło się zamyka.
Cała umazana dotarłam do recepcji hotelu. Kobieta siedząca za ladą spojrzała na mnie najpierw z zaskoczeniem, a potem współczuciem. Była w średnim wieku. Około tyle lat miałaby moja mama teraz, gdyby żyła.
Gdyby żyła...
- Proszę, niech mi pani pokaże tyle wyjście. Błagam. - wybuchłam wielkim szlochem, modląc się w duchu, by ochroniarze byli jeszcze daleko stąd – Zaraz po mnie przyjdą.
- Dziecko, stracę pracę... eh, chodź – wstała i pociągnęła mnie za ramię. Przeszłyśmy sieć korytarzy, zakrętów i przejść, aż wreszcie otworzyły się drzwi na zewnątrz. - Szybko, bo są za nami.
- Dziękuję – uścisnęłam jej dłoń, a potem zaczęłam biec.
Zatrzymałam się dopiero, gdy byłam obok przejścia dla pieszych. Łapiąc oddech, odwróciłam się w stronę hotelu. Stało przed nim mrowisko ludzi i nawet mnie nie zauważyli. Na szczęście.
Ulicą przejeżdżała taksówka, więc dałam znak kierowcy, żeby się zatrzymał. Oby mnie nie znał. Oby mnie nie znał. Oby mnie nie znał.
Czy o tak wiele proszę?
- Na ulicę Graflong 55 proszę. - wgramoliłam się na tylne siedzenie. Od kierowcy nie było żadnego ' Ojeju, czyż to nie Cherry Night?!' tylko ' To będzie 5 funtów'.
- Kiepski dzień, co? - zagaił, licząc drobne na czerwonym świetle – Wczoraj żona wyrzuciła mnie z domu. Piąty raz w tym miesiącu. Też nie mam lekko, ale to przez moją słabość do tequili . A ciebie co gryzie, dziecko? Chcesz chusteczkę?
- Ludzie - wychrypiałam, przyjmując od starszego pana małe opakowanie. - Są okropni.
- Hoho, święta racja. Zaprzyjaźnij się z moją starą znajomą– wskazał głową na pustą butelkę tequili, która leżała na przedniej wykładzinie – Jesteś chyba pełnoletnia, nie? Uwierz, poczujesz się o wiele lepiej. Stanąć przy monopolowym?
Już dawno nie miałam alkoholu w ustach. Szczerze mówiąc nie pamiętam nawet, jak to jest być pod jego wpływem. Ostatni raz upiłam się w przeddzień poznania chłopców, czyli dawno, dawno temu.
- No.. tak. Chyba coś sobie kupie.
- Zuch dziewczyna – kierowca zjechał na postój dla taksówkarzy, obok którego widniał podświetlony szyld z napisem ' alkohole świata'. - Tylko śpiesz się, bo czas mnie goni dziecko.
Chciałabym mieć kaptur, albo jakąś czapkę. Cokolwiek.
Wybiegłam na chodnik, na którym roiło się od przechodniów. Ominęłam ich jak najszerzej się dało, choć i tak miałam wrażenie, że każdy mnie rozpoznał.
W sklepie było mało ludzi, za to butelek od groma. Mimo wszystko panował tu wielki hałas, bo telewizor, który wisiał na ścianie, wył na cały regulator. Przeniosłam na niego wzrok i.. zobaczyłam siebie. Krzyczącą, roztrzęsioną, zagubioną idiotkę.
- Kontaktowaliśmy się z menadżerem Sounds of Silence. Ponoć dziewczęta regularnie widują się z psychologiem, choć po tym wywiadzie i wystąpieniu Cherry widać jak na dłoni, że wcale sobie tak dobrze nie radzą – filmik zniknął, a na ekranie pojawili się dyskutujący politycy. Obsmarowywali wszystkich od góry do dołu.
- Pomóc w czymś? - Starsza ekspedientka, wychyliła nos zza czytanej gazety i spojrzała na mnie jak na zagubione dziecko. Przeniosła wzrok na telewizor, potem na mnie, znów na telewizor, i znów na mnie. - Oh... em... potrzebujesz czegoś na wieczór, tak?
Kiwnęłam głową i podeszłam bliżej lady, choć wolałabym stąd uciec. Jak najdalej.
- Co chciałabyś dokładnie?
- Ja.. no.. nie wiem.. Cokolwiek.
Kobieta była całkiem miła. Mimo, że pewnie wiedziała, że mam dopiero 17 lat, obładowała mi butelkami dwie wielkie siaty i dała 'mały rabacik od firmy'. Na koniec powiedziała, żebym pozdrowiła przyjaciół i życzyła, żeby wszystko wróciło do normy.
Kierowca odwiózł mnie prosto pod dom. W szybach widziałam, że w pokojach paliło się światło, więc dziewczyny chyba już wróciły. Nie wiem czy to dobrze, czy źle. Ale w sumie sama tego nie wypije.
Weszłam do środka. Zdjęłam kurtkę i buty, a potem po cichu poszłam do salonu, skąd usłyszałam zbiorowe ' O, hej! Gdzieś ty była?'
Wszyscy siedzieli w pokoju. Niall leżał na dywanie z miską popcornu, Harry już szedł w moją stronę, Liam z Zaynem siedzieli przed kominkiem, Ellie na kanapie, Jane na parapecie..
- Cherry, od kiedy z ciebie taki pijak? - Louis spojrzał na mnie, grając oburzoną matkę, i wyrwał mi z rąk obydwie siatki. - Rozpętałaś piekło dzieciaczku – ciągnął, oglądając każdy trunek z osobna – Jak wyszłaś, każdy zaczął tak samo drzeć się na tego gościa, aż musieli nas zdjąć z anteny. Jesteśmy tacy krejzi, nie uważasz?
Po paru godzinach prawie wszystkie butelki zostały opróżnione. Fajnie sobie tak z nimi popłakać i pośmiać się jednocześnie. Brakowało mi tego.
- Cherry, pewnie jesteś już taka pijana że do jutra o tym zapomnisz, ale muszę ci coś powiedzieć . Ah, Gemmo ma, to ja jestem twoim Jill'em.
Gdzieś w środku nocy wszystkim odbiło. Liam tarzał się po dywanie krzycząc ' O kotku, okiełznaj mnie kotku', Louis płakał, Zayn wsadzał sobie popcorn do pępka, a Harry..
Harry bredził.
Chyba.

***

13 pechowy, spóźniony (i to jak) rozdział :<. Dzięki ci szkoło, że nękasz mnie nawet w święta. Jak można być tak njkdnkbqjklfndbnjkfdk by robić test w środę tuż po wolnym?! Między świątecznym śniadaniem a obiadem mam do cholery wkuwać? HEHEHEHEH ale oni są krejzi. Nie wytrzymam.
No ale oszczędze wam już tego zrzędzenia, które serwuje co drugi rozdział. Tak jest. Musimy przez ten syf przejść i tyle. 
Jest sporo błędów językowych, ale moją betę znowu gdzieś wcięło, a obiecałam koleżance że dziś wstawię wreszcie ten rozdział, więc oto i jest. Wszyscy są załamani, ale już z tego wychodzą. Następny post to będzie coś w stylu 3 miesiące później, bo nie chce mi się tak ciągle tkwić przy tej rozpaczy. Niestety pomorduje was jeszcze z Ellie, która nie będzie potrafiła zapomnieć o śmierci Glimmer. Ale wszystkiego dowiecie się w swoim czasie :D
Blogspot tak bardzo mnie denerwuje. To ostatni blog, jaki tu prowadzę, potem się gdzieś przeniosę. Wszyscy tak wychwalają Tumblr więc może tam spróbuje, ale najpierw doprowadzę do końca to opowiadanie.
Av.x



poniedziałek, 17 grudnia 2012

A co wy na.. ?

HEJOGEJO. 
Ta, wiem, że mnie zabijecie. Ile to minęło od ostatniego rozdziału? Miesiąc? Oh dear, przepraszam :( Dopiero mam 2 strony napisane, soła... keep waiting. Jak dobrze pójdzie skończę go w ten weekend. 
Tak na osłodę, podrzucę wam coś co zrodziło się w moim łebku pare miesięcy temu. Napisałam ot tak prolog, ale nic z tego raczej nie będzie.. przynajmniej nie teraz. Jak skończę ten blog *chociaż z częstotliwością wrzucania wpisów to chyba nastąpi za 5 lat* może się za to zabiorę. Nie wiem. Oceńcie sami. Notkę po wrzuceniu rozdziału albo usunę, albo przeniosę do innej podstrony. Blogspot jest trochę.. no nie wiem, ciasny? x


John Mayer – Slow dancing in a burning room

Liv Lascaux wyjęła ostatnie dwie strzały, jakie jej pozostały. Drżącymi rękoma złapała rękojeść łuku, zaczepiając jedną z broni o jego cięciwę. Wiedziała, że nie spudłuje. Ale chyba pierwszy raz w życiu żywiła wielką nadzieję na to, że tym razem chybi.
Spojrzała ostatni raz na jej Harry'ego, który za kilka chwil stanie się jego Harrym. Umówiła się z nim w ich tajemniczym miejscu, o którym nikt inny nie wiedział. Nie wiedział do tej pory, bo chwilę temu na dachu zjawił się Louis. Był trochę skołowany, bo zamiast kędzierzawego przyjaciela miał tu spotkać Liv.
Harry też nie wiedział, co najstarszy członek jego zespołu tu robi, ale podszedł do niego zadowolony i zaczął rozmowę. Jednak myślami cały czas wędrował wstecz, wspominając wczorajszy spacer z Lascaux. Chłopak nie wiedział, że to będzie ich ostatnie spotkanie w jego życiu. Liv też dowiedziała się o tym dopiero zeszłego dnia.
- Oddaje cię w lepsze ręce, Harreh – dziewczyna zagryzła mocno wargi, starając się zdusić szloch. Łzy spływały ciurkiem z jej błękitnych oczu, które strasznie wyblakły od parogodzinnego płaczu.
Nadal nie wierzyła, że to tak musi się skończyć.
Wraz z naciąganiem cięciwy przez jej głowę przewijały się chwile, które razem spędzili – począwszy od przypadkowego spotkania i skończywszy na wczorajszym wieczorze, gdy jego usta ostatni raz złączyły się z jej wargami. Nie chciała tego. Ale była przekonana, że skoro Pan tego chce, sprawa jest słuszna.
Strzała wyleciała. Potem już z zamkniętymi oczami wypuściła drugą, tym razem w Louis'a.
- Liv, nie karz im czekać – na widok roztrzęsionej od płaczu przyjaciółki, Lea również uroniła kilka łez. Ale nie mogły uciekać przed tym, co było im pisane.
Lascaux obiecała sobie, że nie spojrzy w dół, ale nie mogła się powstrzymać. Odchodząc, omiotła wzrokiem Louis'a i Harry'ego, którzy stali na dachu niższego budynku, złączeni w uścisku. A więc stało się. Wypełniła swoje ostatnie zadanie.
Odwróciła się w stronę Lei, która stała już pod chmurą, która ni stąd ni zowąd pojawiła się nad ich głowami. Podchodząc w jej stronę wszystko się rozmazywało i stawało się nieskazitelnie białe.
- Jestem z was dumny. - w powietrzu rozległ się Jego głos.
Wracały do domu. 

piątek, 23 listopada 2012

12. When my world is falling apart


*Cherry*
Tej nocy umierałam tysiące razy. Gdy myślałam, że na dobre się wybudziłam, znów wciągał mnie wir schiz.
Raz zabijał mnie Josh, raz byłam rozszarpywana przez zmiechy. Ale poważnie chciałam wreszcie odejść, żeby tego wszystkiego nie czuć.
Gdy myślałam, że każda cząstka mnie zdycha już w spazmach bólu, cały krajobraz rodził się na nowo, przychodziły inne istoty i znów mnie wykańczały.
Nawet przestałam się bronić.
Jako ostatni znów pojawił się Josh. Ale po chwili jego twarz się rozmyła, a niebo przybrało białą barwę.
Wszystko znikło, oprócz bólu. Był tylko mleczny sufit i ściany w takim samym kolorze.
Przez długi czas napawałam się brakiem obecności moich oprawców. Byłam tylko ja i dający oślepiająco jasne światło żyrandol. Zazdrościłam mu, że nie czuje tego co ja. Tylko wisi. Nie musiał przez to przechodzić, tylko tkwi w ścianie, przyglądając mi się uważnie.
Chciałam coś do niego powiedzieć, ale ukłucie w klatce piersiowej od razu mnie sparaliżowało. Czyli nawet nie mogę mówić.
Świetnie.
Mijały sekundy, minuty, godziny, a w końcu i dnie. Przed moimi oczami przewijało się setki ludzi. Lekarze, pielęgniarki, jeszcze więcej lekarzy, sprzątaczka. Widziałam nawet osoby z mojej rodziny i Andreę. Ale nie wiem czy były prawdziwe, czy tylko mi się przyśniły.
Jednak czułam dotyk babci. Jej wypłowiałe już dłonie przytrzymywały moją rękę, powodując miłe uczucie ciepła. Zawsze coś szeptała, swoim łagodnym, babcinym głosem, ale nigdy nie odpowiadałam, bo nie byłam w stanie. Gapiłam się tylko tępo w sufit.
Zdarzało się tak, że znajdowałam się nagle w kuchni.
Rodzinny dom, łąka za oknem, pies bawiący się butem..wszystkie obrazy były takie żywe.
Siedziałam na wysokim krześle, a nogi dyndały mi wesoło, nie dotykając ziemi. Babcia stała przy małej kuchence, pichcąc coś i opowiadając mi jakieś historie. Potem wszystko się przeistaczało i znajdowałam się na posadce w gabinecie Josha. I tak w kółko.
Między jednym półsnem a drugim, rozmyślałam o żyrandolu nad moją głową. Patrzyłam się na niego godzinami, a on na mnie. Oboje byliśmy tacy puści w środku. Martwi.
- Dziś musimy pani zrobić kluczowe badania, które zadecydują o tym, czy możliwy jest powrót do domu.- któregoś dnia doktor wparował do sali razem ze swoim zespołem, mówiąc strasznie głośno i wydając wiele poleceń innym. Starałam się go słuchać, ale natłok informacji był za duży, więc wróciłam do wewnętrznej rozmowy z żyrandolem o Harrym. Przez parę dni przekonywał mnie, że nic mu nie jest.
To chyba nie dziwne, że bezskutecznie. Żarówki nie potrafią uspokoić człowieka.
W pewnej chwili ktoś mnie podniósł. W sumie wszystko mi już jedno, mogę i wstać. Ciekawe jak to będzie znowu mieć nogi na ziemi.
Ledwo się utrzymałam. Chyba poleciałam do tyłu, bo tabun ludzi zaczął nagle krzyczeć i mnie podtrzymywać. Jak jakąś szmacianą lalkę.
Zaczęli robić badania. Rozebrali mnie do naga, przyglądając się każdemu milimetrowi mojego ciała. Pewnie parę miesięcy temu zanim pozbawiliby mnie ubrań, wydrapałabym im oczy.
Teraz to już i tak nie ma znaczenia.
Po oględzinach mojej skóry, zaprowadzili mnie do jakiejś wielkiej tuby, w której strasznie huczało. Rezonans magnetyczny? Białe gówno? Zero różnicy.
Światła tutaj były inne, niż to, którym świecił mój ulubiony żyrandol. Nie chciały ze mną rozmawiać, tylko patrzyły się jak na idiotkę. Wiele bym dała, żeby mieć go tutaj ze sobą.
Minęło parę godzin, może dni, a z drugiej strony mogły być to też minuty. Straciłam rachubę czasu już dawno, dawno temu.
W każdym razie lekarze wrócili i zabrali mnie na pobranie krwi, USG oraz inne rzeczy, które nie mam pojęcia jak się nazywają. Niektóre badania trochę bolały, ale nie miałam siły nawet westchnąć.
Na koniec, co powinno być chyba zrobione jako pierwsze, zapytano mnie jak się czuję.
- Wiem, że przeszłaś wielką traumę, ale żebyśmy mogli cie wypuścić, musimy wiedzieć jak się czujesz. - Lekarz nie był młody. Wokół sędziwych oczu malują się zmarszczki i zagłębienia. Mimo podłużnych bruzd na twarzy nie wygląda jednak surowo, tylko jak miły dziadek. - Wyniki badań są o wiele lepsze niż te, jakie uzyskaliśmy jak cie tu przywieziono. Resztę leczenia będziemy mogli dokończyć w domu, a to miejsce jest o wiele lepsze do psychicznego dojścia do siebie niż szpital. Druga część kuracji i tak będzie się skupiała głównie na wizytach psychologa i badaniach kontrolnych. - mężczyzna uśmiechnął się do mnie ciepło, kładąc mi rękę na ramieniu – Decyzja należy do ciebie. Chcesz wracać?
Stałam przez jakieś dwie minuty jak słup soli, trawiąc jego słowa od nowa i od nowa. Dopiero potem zebrałam w sobie wszystkie siły i postarałam się mu odpowiedzieć.
- Tak.
Zamurowało mnie. Mój głos był mi całkowicie obcy i brzmiał, jakbym po raz pierwszy w życiu go usłyszała.
Wszyscy chyba odetchnęli z ulgą, że zdołałam coś powiedzieć i zaczęli bić brawa. Dźwięki te były strasznie głośne i miałam wrażenie, że uszy zaraz mi wybuchną. Lekarz zauważył moje zmieszanie i kazał im się uciszyć.
- Czy.. - odchrząknęłam, znowu walcząc ze swoją blokadą do mówienia – Czy oni.. żyją?
- Tak, mają się dobrze. Wszystkich przywiezionych do szpitala udało się odratować. Wypisaliśmy już ich do domów, z wyjątkiem ciebie.
Mają się dobrze..
Wielki głaz spadł mi z serca.
- Ile..ile ja tu w ogóle jestem?
- Wczoraj minęły trzy tygodnie. Przedostatni uczestnik wyszedł do domu pięć dni temu. Było z nią najgorzej.
Nie musiał mi mówić, kto jest ową uczestniczką, bo od razu wiedziałam, że to Ellie.
Po paru godzinach przyszła po mnie Andrea. Mimo że wcześniej już ją widziałam – jakby przez mgłę, ale zawsze coś – teraz wyglądała bardziej żywo. Jej zmartwiona twarz nabrała kolorów, a loki zabawnie sterczały wokół buzi.
Gdy tylko ją zobaczyłam, w pewnym sensie poczułam dom. Zawsze się gdzieś u nas krzątała, i mimo że miała się zajmować naszą karierą, dobrowolnie zbierała ubrania i śmieci walające się po podłodze. Często nawet robiła nam pranie lub gotowała naleśniki. Coś jak osobista niańka.
Wypadałoby rzucić się sobie w objęcia krzycząc i całując się po policzkach, ale żadna z nas się do tego nie paliła. Ona dobrze wie, że jestem żywym wrakiem, a ja zdaję sobie sprawę z tego, że dziewczyna również nie spała po nocach myśląc o nas. Obie byłyśmy pozbawione jakiegokolwiek wigoru.
Nachyliła się tylko nade mną i delikatnie mnie przytuliła, mamrocząc coś w stylu 'Zaraz położysz się w swoim własnym łóżku. Wszystko będzie dobrze'. Potem pomogła mi naciągnąć na siebie czyjeś ubranie, zamieniła parę słów z lekarzem i wyjechała ze mną z sali.
Powinnam teraz czuć się jak skończona kretynka na wózku, nic nie warte ścierwo które trzeba gdzieś wozić, bo sama nie mogę się trochę wysilić. Ale myślałam tylko o tym, że zostawiam mój ulubiony żyrandol. Gdy opuszczałam salę ostatni raz na niego spojrzałam, a on zacząć świecić jaśniej.
Chyba..
Wszystkie pielęgniarki, pacjenci, woźni i lekarze patrzyli się na mnie jak na ufo. Ale prawdziwe szaleństwo zaczęło się dopiero, jak opuściłyśmy szpital.
Fotoreporterzy zaczęli tak strasznie napierać na mnie i Andree, że ochrona ze szpitala musiała pomóc nam bezpiecznie przejść na parking. Wszędzie błyskały światła fleszy, dziesiątki mikrofonów były skierowane w moją stronę, a w powietrzu było słychać zwroty typu ' Jak się pani czuje w swoim wyniszczonym ciele?' 'Co pani sądzi o orientacji swojej koleżanki z zespołu?' 'Cherry, czy uważasz, że wasze igrzyska nadadzą się na film dokumentalny?'
Zamknęłam tylko oczy, starając się nie rozpłakać.
Jakiś ochroniarz wziął mnie na ręce, wsadził do samochodu a potem zatrzasnął za mną drzwi. Andrea zaczęła jechać tak szybko, że chyba zabiorą jej po tym prawo jazdy. Cały czas klęła.
Zapadłam chyba w jakiś letarg, bo po paru sekundach drogi byłyśmy już na miejscu. Andrea rozłożyła wózek, pomogła mi wygramolić się z auta i mnie na nim posadziła. Stałyśmy pod domem. Moim ciepłym, pięknym domem.
Andrea trochę umęczyła się z wjechaniem wózkiem po schodach, ale po pięciominutowej walce znalazłyśmy się pod drzwiami. Były zamknięte, a nasza menadżerka zapomniała kluczy, więc zadzwoniła dzwonkiem.
Dopiero po 3 minutach usłyszałam powolne kroki. Osoba, która była po drugiej stronie ściany, ślamazarnie otwierała zamki kolejne 2 minuty, jakby nie mogła w ogóle złapać klamki.
Zza drzwi wyłoniła się Jane, która wygląda jak trup. Wcześniej pełne, ale dziewczęce policzki, są teraz zapadnięte, a oczy wyblakłe, całkowicie pozbawione życia. Ma na sobie piżamę, w która odkrywa jej dekolt i trochę brzucha, co uwydatnia strasznie wystającą miednicę i obojczyk. Tak czy siak nie ważne, jak wygląda. Liczy się tylko to, że wreszcie ją widzę, może niekoniecznie zdrową, ale całą i żywą. Gdy tylko mnie zobaczyła, z jej ust wyrwał się rozpaczliwy szloch. Nachyliła się nade mną i mocno mnie przytuliła.
Też nic nie mówiła.
Po tym, jak pomogła Jane zawieść mnie do góry, Andrea zostawiła nas same, bo musiała coś załatwić. Powiedziała, że mamy na nią czekać w domu i nigdzie się stąd nie ruszać. Jakbym w ogóle się gdzieś wybierała..
Moja przyjaciółka odstawiła mnie do pokoju. Ellie spała, więc jej nie budziłam. Sama chciałam się położyć.
- Nawet nie wiesz, co czuje, jak mam was dwie przy sobie – Jane przytuliła mnie jeszcze raz, jak już posadziła mnie na łóżku – Teraz wszystko będzie łatwiejsze.
Obiecałam sobie, że spędzę z nią więcej czasu, ale jak nabiorę trochę sił. W tej chwili nawet ciężko mi mówić, a mam tyle do przekazania. Muszę trochę odczekać.
Spałam jak kamień i nic złego mi się nie śniło. Byliśmy tylko na łące. Ja, dziewczyny i chłopaki. Nasza dziewiątka..Glimmer żyła w tamtym świecie.
Obudziło mnie skrzypienie drzwi i czyjś płacz. Trochę się wystraszyłam, dopóki w półmroku nie rozpoznałam mojej przyjaciółki.
- Ellie? - wymamrotałam przecierając oczy – To ty?
Blondynka powoli podeszła do łóżka, wgramoliła się na nie i mnie objęła, płacząc w moje ramie.
- Ona nie żyje, Cherry.. nie żyje..NIE ŻYJE!
I co mam jej teraz powiedzieć? Ellie, wszystko się ułoży?
Ta. To bagno nie pozostawia mi złudzeń, że właśnie 'będzie dobrze'.
Chciałam objąć ją mocniej, ale ból w rekach na to nie pozwolił. Przetarłam tylko jej policzki, które były całe mokre.
- Dlaczego to się wszystko stało? - rozpłakała się jeszcze bardziej, tym razem już głośno. Wciąż krzyczała, że Glimmer już nie ma, i wpadła w szał.
Tego tylko brakowało.
- Ellie, cicho, już uspokój się! - nagle znalazła się przy nas Jane i złapała blondynkę za nadgarstki. Ta w pierwszej chwili się wyrywała, ale po chwili bezwładnie opadła na poduszkę obok mnie. Dziwnie tak leżeć i tylko się przyglądać.
Po paru minutach ciszy Jane położyła się tak, aby Ellie była między nią a mną. Kiedyś też tak leżałyśmy, zwykle gdy któraś miała załamanie z powodu jakiejś błahostki. Tym razem wszystkie je miałyśmy, i to nie z byle gówna.
- Możecie mi nie wierzyć – brunetka powiedziała przyciszonym głosem, gdy odpływałam już do krainy snów – ale razem przez to przejdziemy.
W nocy spotkałam się z rodzicami, którzy nie śnili mi się od bardzo dawna. Siedzieliśmy w ogródku babci.
Oni też mówili, że będzie dobrze.
Jane lub Ellie trzymała mnie za rękę. Nie chciało mi się otwierać oczu, bo zbyt dobrze mi się leżało. Żeby dodać tej osobie otuchy, złapałam nasze splecione dłonie drugą ręką i..
po wielkości ramienia poczułam, że obok mnie wcale nie leży kobieta.
Otworzyłam oczy i pierwsze co zobaczyłam, to wielkie źrenice.
Źrenice Harry'ego.
Coś mną poruszyło – osoba, której nie widziałam przez taki szmat czasu, nagle leży przede mną. Ot tak.
Czy ja w ogóle się obudziłam ?
- Dziewczyny pozwoliły mi wejść. - wychrypiał, otulając mnie ciepłem swojego głosu – Nie konkretnie do łóżka, ale pozwoliły.
Chłopak jest blady jak ściana. Na policzku ma wielką szramę po czymś ostrym, a na czole duży bandaż. Ale obojętne mi jak wygląda.
Dobrze, że po prostu jest.
- Harry – zarzuciłam mu ręce na szyje i mocno się do niego przytuliłam, mimo że zadawało mi to piekielny ból – będziesz moim żyrandolem?
- Mogę być kimkolwiek chcesz.

**
CZEŚĆ MOJE ŻYRANDOLE. od dziś tak was będę nazywać. niezbyt oryginalne, ale zawsze coś, nie? :D
na początku sprawy organizacyjne,
1. Dziękuje wam bardzo bardzo bardzoooooo serdecznie za pięciokrotną nominacje do Libster Award (tak to się pisze? ;_;). Jest mi strasznie miło, że zdecydowałyście się przyznać takie wyróżnienie akurat moim wypocinom. Naprawdę, nie gadam sobie tego ot tak, wierzcie mi że sprawiłyście mi wielką radość tym faktem. Dziś wieczorem, lub jutro popołudniu dodam u góry zakładkę odnośnie tego, nominuje innych i odpowiem na wasze pytania, bo zaraz wychodzę z domu. *noc zakupów się zaczyna niedługo, lecę sobie kupić książkę bo są przeceny hahahah*
2. Zmieniam szatę graficzną, czyli tło, czcionkę, kolorystykę i nagłówek. Zostać przy ciemnej tonacji czy iść w jaśniejsze kolory? 
 3. Kiedyś mój blog też dopiero raczkował. Nie uważam, że teraz jest jakiś super popularny i jakoś specjalnie oblegany, ale myślę, że powoli zaczynam stawać na nogi. Chciałabym pomóc innym, którzy nie mogą zdobyć stałych czytelników i 'zareklamować' tutaj ich opowiadania. Jeśli chcesz, żebym zrobiła to z Twoją stroną, zostaw link w komentarzu i poinformuj mnie o tym. Na pewno na niego wejdę, zostawię coś po sobie i wspomnę w nim pod kolejnym rozdziałem. Na pierwszy ogień podrzucam wam link do bloga mojej koleżanki ze szkoły, bo prosiła mnie o zareklamowanie. http://wiektotylkoliczba.bloog.pl/ Jeśli na niego wpadniecie, to na pewno Ją zmotywuje. 
Oł rajt, a więc rozdział jest jaki jest.. i nie podoba mi się za bardzo, no ale cóż. Nie podesłałam go becie bo ma szlaban, więc jak zobaczycie jakieś błędy darujcie :D 
lof ju gajs,
Av.x




środa, 31 października 2012

11. It’s only half past the point of no return


~ PINK - GLITTER IN THE AIR  ~

* Cherry *

Śmierć Glimmer podziałała na nas jak kubeł zimnej wody. Wtedy dopiero zdaliśmy sobie sprawę z tego, że jesteśmy tu by umrzeć. Do tej pory podświadomie nawet nie dopuszczaliśmy do siebie myśli, że ktoś bliski będzie musiał nas opuścić.
Ellie straciła rozum. W ciągu pięciu dni podjęła 6 prób samobójczych, z czego ostatnia skończyła się niemal tragicznie. W ostatniej chwili Zayn złapał ją za nadgarstek.
Urwisko było bardzo wysokie.
A co ze mną? Też mi ciężko. W nocy nie mogę spać, a w dzień normalnie funkcjonować. Cały czas mam przed oczami jej ciało leżące w kałuży krwi, oczy zachodzące mgłą, bezwładnie rozchylone usta..
Jednak ostatnie słowa Glimmer dały nam szanse na przeżycie. Bunt. Rebelia. Powstanie.
Czuję się w stosunku do niej zobowiązana. To była jej ostatnia wola, więc zrobię wszystko, żeby ją wypełnić.
Zaczęliśmy już przedwczoraj. Jak na razie przeciągnęliśmy na swoją stronę dwie dziewczyny, w tym Cher, i troje chłopaków. Jednym z nich jest Justin. Nie mam głowy teraz do tego, w jakiej dziedzinie inni zabłysnęli. Ale to ci z tej grupy, których tyłki warte są paręnaście milionów. Zdołaliśmy znaleźć nawet Liama i Niall'a, co dało nam porządnego kopa na przód. Zaczęłam naprawdę wierzyć, że Harry, Jane i Louis też do nas dołączą.
Że wszyscy będziemy razem, jak w te piątkowe wieczory, gdy gromadziliśmy się u nas w domu. Beztroskie żarty Louisa, telewizor cicho gadający obok, ciepłe kakao. Za tym tęsknie najbardziej.
Czuję się najbardziej zaangażowana w sprawę z buntem. Inni też są strasznie zapaleni, ale boje się że tylko tak sobie gadają. Ja mam już na tym punkcie obsesję. Codziennie budzę się z uśmiechem na ustach, bo w śnie katowałam Josha i innych organizatorów igrzysk. Sama siebie już nie poznaje.
- Przyniosłem te kamienie – Niall po cichu zaszedł mnie od tyłu, położył zdobycze u moich stóp i przykucnął na powalonym konarze drzewa. Przez dłuższy czas nikt się nie odzywał, a w powietrzu było słychać tylko szumienie drzew i moje pocieranie krzemieni o gałęzie.
W końcu Niall chrząknął. Potem drugi, trzeci, dziesiąty raz. Nie podnosiłam nawet głowy, przecież na rozmowę straciłabym za dużo czasu. Jest jeszcze tyle rzeczy do zrobienia, a zegar tyka, powoli i nie ubłagalnie zbliżając się do godziny naszej śmierci.
- Ile jeszcze zamierzasz nas tak ignorować? - wstał, czekając na moją reakcje. Najpierw mówił po cichu, jakby ze skruchą, ale potem zaczął krzyczeć – co myśmy ci zrobili?! Traktujesz nas jak idiotów. Myślisz, że my się nie staramy?! Przecież wiesz że to wszystko nie będzie tak hop siup.
Chyba przypomniał sobie o tym, że nasz bunt to tajemnica, a przecież to wszystko oglądają organizatorzy, bo zamilkł nagle i nerwowo zaczął się przechadzać w tę i z powrotem.
Nadal się nie odzywałam. Bo niby co mam powiedzieć? Tak, jestem psychopatką. Nie chce żebyśmy umarli, więc robię wszystko żeby się stąd jak najprędzej wydostać.
Nie zniosę już tej presji. Każda chwila, ułamek sekundy może być moim ostatnim. Gdy idę gdzieś, nie zrobię dwóch kroków bez ciągłego oglądania się przez ramię i nadstawiania uszu na każdy, najmniejszy szelest listków.
Nagle Niall przykucnął tuż przede mną i otarł mi coś z policzków. Aha, więc się rozbeczałam. Jak zwykle moja bezsilność musi wyłazić na wierzch właśnie w momentach, w których chce zgrywać twardą, zimną sukę.
Nie myśląc za wiele, szybko go objęłam i szlochy jakoś same zaczęły wychodzić mi z gardła. Chce żeby powiedział, że wszystko będzie dobrze, będziemy cali zdrowi i szczęśliwi, już niedługo. Cały ten koszmar się skończy, a igrzyska staną się tylko głupim wspomnieniem.
- Cichutko, spokojnie.- Niall również mnie objął, ale silniej. W tym uścisku czuję się o wiele bezpieczniej niż wcześniej. Chciałabym już w nim zostać, przezimować złe czasy i obudzić się w ciepłym, domowym łóżku – Uda nam się. - wyszeptał tak, aby nikt inny oprócz mnie tego nie usłyszał.
Po godzinie wróciliśmy do naszego obozowiska. Jak za dawnych czasów, trzymając się za ręce. Dłoń Nialla była taka ciepła, delikatna..
kojarzyła mi się z domem.
Przyłapałam się na tym, że nawet się uśmiecham. Tak po prostu, sama z siebie. Gdy zauważyłam ten fakt, jeszcze bardziej zaczęłam się szczerzyć. Po tym jak Niall przełamał barierę dzielącą mnie i ich, którą tak naprawdę tworzyła tylko moja psychika, poczułam się o wiele lepiej. Myślałam, że wszystko co łączyło naszą ósemkę powoli umiera, przez to całe zamieszanie. Dziękuję Ci Boże, że to były tylko moje chore domysły.
Im bliżej nam do obozowiska, tym bardziej słychać harmider i rozmowy. Świetnie. Kompletnie zapomnieli o tym, gdzie są.
Przyśpieszyłam kroku, puściłam dłoń Nialla i przemierzyłam ostatnie metry lasu biegiem. Są głośno, a ja będę jeszcze głośniejsza gdy tam wpadnę. Od razu odechce im się rozmów.
Wbiegłam na środek obozowiska, a wszyscy ucichli gdy tylko mnie zobaczyli. Ja im dam, żeby mi tu..
Zaraz.
Zamiast ośmiu osób, przed jaskinią siedzi trzynaście.
Trzynaście żywych, uśmiechających się osób.
Ogarnęłam szybko wszystkich wzrokiem. Demi, Taylor...
- Jane.. Louis..?
Nie wierzę. Po prostu nie wierzę.
Rzuciłam się na nich jak głupia, a oni na mnie. W rezultacie wylądowaliśmy na ziemi. Potem dorzucił się na naszą kupę mięcha jeszcze Niall, tak samo uradowany odzyskaniem przyjaciół.
Wszystko schodzi na właściwy tor. Horan się nie mylił.
A potem usiedliśmy razem w kręgu i czułam się tak, jak w tamte sobotnie wieczory.
Ale kogoś brakowało. Ta część mojego serca, która należała do niego, była cała poskręcana, wymiętolona i wciąż krwawiła.
Harry'ego nie ma.
Nie widziałam go przez cały pobyt na arenie. Wiem tyle, że żyje – jego zdjęcie ani razu nie wyświetliło się na 'paradzie poległych'. Ale co jeśli właśnie kona w męczarniach w jakimś dole w lesie?
Nie. Nie mogę tak myśleć. Harry ma się dobrze i na pewno znajdziemy go już niedługo. Albo on nas.
- Cherry, chodź się przejść. - Jane stanęła nade mną i podała mi rękę. Chwyciłam ją i wstałam z ziemi, a potem poszłam za nią do lasu.
Nie oddalałyśmy się daleko. Poszłyśmy tylko nad strumyk, ale w takie miejsce, z którego widzimy ludzi i obozowisko. Prawda jest taka, że cholernie się bałyśmy, a najzabawniejsze jest to, że niby nie mamy czego. Wszyscy trybuci są z nami.
Ale nadal nie zapominałyśmy o organizatorach, którzy są naszymi największymi wrogami.
- Słuchaj, um.. - język zaczął mi się plątać. Wiem, że Jane powinna wiedzieć, ale nadal nie oswoiłam się z tą sprawą i ciężko mi o tym mówić – Glimmer, ona..
- Wiem – przerwała nagle, spuszczając wzrok.- Dowiedziałam się zanim wróciłaś z Niallem.
Nie chcę rozmawiać na ten temat. Na samą wzmiankę o jej śmierci poprzewracało mi się w żołądku, a oczy znowu się zaszkliły. Chyba pięćdziesiąty raz dzisiaj.
- Zayn mi wszystko opowiedział.. co mówiła ona.. i Ellie. Jej, jak ją zobaczyłam się rozpłakałam. Wszyscy wyglądamy okropnie, ale El jakby miała się zaraz rozsypać. - przerwała na chwile, bo głos zaczął się jej łamać – Pamiętam jak w piątkę spędzałyśmy każde popołudnie.
Ja, Ellie, Jane, Glimmer i Lilie. Kiedyś wszystkie byłyśmy nierozłączne i cały czas spędzałyśmy razem. I te wszystkie chwile nadal tkwią w mojej pamięci. Zwykle powracają wieczorem i wtedy płacze, że to już nie wróci.
Wszystko skończyło się gdy naszą trójkę odkryła Andrea. Tego samego lata Lilie wyjechała do Włoszech z rodzicami na stałe, a rok później Glimmer też wyrwała się z naszego małego miasteczka, bo sławny projektant przyjął ją na staż.
Skype i telefony nie wystarczyły. Wszystko się dokumentnie rozpadło.
Minęło pełne dwadzieścia cztery miesięce, podczas których całkowicie wrzuciłyśmy się w wir pracy. Zespoł, zespół i jeszcze raz zespół. Aż nagle ni stąd ni z owąd Glimmer zadzwoniła i prosiła o spotkanie. Została u nas na miesiąc, bo strasznie ją namawiałyśmy.
Brakowało nam tego wszystkiego.
- Myślisz że od kiedy one dwie.. no wiesz?
- Od dawna. Bardzo dawna. Ale wydaje mi się, że przekonały się że to coś poważniejszego dopiero wtedy kiedy Glimmer do nas przyjechała. Wtedy Ellie zachowywała się jakby była w siódmym niebie, każdą chwile spędzała z nią.- zamilkłam, zastanawiając się nad sensem swoich słów – I dzień przed tym jak nagle się spakowała i wróciła do Mediolanu strasznie się pokłóciły, pamiętasz? Obie tak płakały, że myślałyśmy, że coś strasznego się stało. I to się stało tego dnia, kiedy ty ja wyszłyśmy na zakupy.
Nawet samą mnie dziwi ten kryminał, który wysnułam. Tak czy inaczej orientacja nie jest teraz ważna.
Ważne jest to, że Glimmer już nie wróci, a Ellie z dnia na dzień trzyma się gorzej.
- Myślisz, że organizatorzy teraz tego słuchają? - zapytała cicho, po chwili przerwy.
- Ba, nawet cały świat. - powiedziałam specjalnie głośniej – I gówno mnie to obchodzi.
Przeskoczyłyśmy na temat jutra. Wszyscy już wiedzą, że chcemy wszcząć bunt. Wiedzą też, że za dwanaście godzin staniemy gotowi do starcia i uzbrojeni po zęby rzeczami z rogu. Zdają sobie sprawe również z tego, że w ogóle nie ćwiczyliśmy ani nie przygotowywaliśmy się. 'Walka' będzie dla nich bułka z masłem.
Ale to nasza jedyna szansa. I wydaje mi się, że tak czy siak jutro zginę.
To śmieszne, ale nawet się tym nie przejmuje. Wszystko się ze mnie spompowało, całe życie wychodzi mi przez rany na ciele i duchu. Jedyne czego chcę to to, żeby inni byli ze mnie dumni. Że babcia z dumą powie, że Cherry Night była jej wnuczką. Nie ta piosenkarka, tylko dziewczyna która postanowiła się sprzeciwić.
Chociaż wolę, żeby żaden z mojej rodziny nie włączał jutro telewizora. Oraz żaden mój fan...oni przecież też są dla mnie strasznie ważni i traktuje ich jak swoich bliskich. Nie chce żeby płakali.
W końcu podniosłyśmy się z zimnej ziemi i wróciłyśmy do obozu. Zayn jak tylko nas zobaczył od razu rozpromieniał, chwycił Jane w objęcia i zabrał na drugi spacer.
Sama poczułam, że się uśmiecham. Może mają mało czasu żeby nacieszyć się sobą, ale zawsze jest to coś. Ile ja bym teraz dała, żeby Harry tu był?
Cały czas o nim myślę. A gdy tego nie robię, to o nim mówię. W kółko.
Mam złe przeczucia, ze stało mu się coś bardzo złego. Codziennie wysyłamy kolejne patrole, żeby szukały pozostałych żyjących trybutów. A teraz tymi 'pozostałymi' jest tylko Harry, który zapadł się pod ziemie.
Do zmierzchu prosiłam ich, żebyśmy zaczekali z tą wyprawą zbrojną jeszcze chociaż jeden dzień. Cały czas łudziłam się, że może w tym czasie On się znajdzie. Wparuje do obozu z tym swoim wiecznym uśmiechem, spojrzymy na siebie i padniemy sobie w objęcia.
Jaka ja jestem głupia.
- Dobra, powtórzę to ostatni raz – na poważnej twarzy Liama tańczyły światła rzucane przez ognisko. Był bardzo spokojny w porównaniu do innych, co bardzo mi imponuje. Nachylił się w moją stronę i zaczął szeptać mi do ucha. Ja miałam powtórzyć osobie siedzącej po mojej prawej, a ona kolejnej. Niby miało to odseparować nas od organizatorów..ale oni i tak dokładnie wiedzieli o naszych planach - Wstajemy o świcie. Oczywiście na noc wystawiamy trzy warty po dwie osoby, które będą się zmieniać. Jak już wcześniej ustaliliśmy będzie to Taylor ze mną, Bennett z Liz i Ty z Niallem. Gdy słońce zacznie wschodzić idziemy do rogu obfitości i bierzemy stamtąd to, co potrzebne. Potem staniemy przed platformą która nas wyniosła na arenę i.. i poczekamy na nich.
Niby postaram się zapamiętać to co Liam mówi, ale jestem zbyt zmęczona żeby trzeźwo myśleć. Więc powtórzyłam piąte przez dziesiąte co powiedział, mając nadzieje że potem inni sprostują moje niedomówienia.
Cały ten plan jest godny ekipy Scooby-doo, ale nie da się wymyślić lepszego. A organizatorzy i tak wiedzą co jest grane. Albo chcą mieć dobre nagrania ostatnich chwil sławnych dzieciaków przed ich skatowaniem, albo nie czekając zaatakują za pięć minut. Już nie wiem co byłoby lepsze.
Siedzieliśmy przy ognisku jeszcze jakieś dwie godziny. Każdy był dla siebie taki serdeczny.. zapominając o tym, że wśród nas siedzi zabójca Glimmer. Właśnie dlatego Ellie stała z boku, wodząc nieufnym wzrokiem po twarzach wszystkich osób. Sama czuje się z tą sprawą paskudnie, a co dopiero ona.
W końcu Liam zarządził pójście do łóżek. O ile trawę i kłodę pod głowe można nazwać łóżkiem.. ale nikt nie narzekał. Wszyscy za bardzo byli pochłonięci myślami o jutrzejszym dniu.
Gdy tylko każdy usadowił się na ziemi wybuchłam wielkim, niekontrolowanym płaczem. Cały czas zatykałam sobie buzię ręką, byleby tylko nikt mnie nie usłyszał. Nie miałabym siły na tłumaczenia, chociaż wszyscy i tak wiedzieliby o co, a raczej kogo chodzi.
Harry.
A potem łzy ukołysały mnie do snu, czyli krainy gdzie wszyscy są szczęśliwi i bezpieczni.

* Niall *

Fajnie. Dopiero usnąłem, a ci już mnie budzą.
Bennett potrząsał mną jak wariat, a gdy wreszcie otworzyłem oczy miałem ochotę mu przywalić. Ale gdy zobaczyłem jego łzy, które lśniły w świetle księżyca, zamknąłem jadaczkę i w ciszy poklepałem go po ramieniu.
Liz obudziła już Cherry, która siedziała na kłodzie przy żarzącym się ognisku. Patrzyła się tempo na zwęglone drewno, a gdy siadłem obok niej nawet nie podniosła wzroku. Objąłem ją i przysunąłem do siebie, żebyśmy trochę się ogrzali. W dzień jest tu bardzo gorąco, ale noce na ogół są chłodne.
Wiem, że Cher twierdzi że potrzebuje ciszy. Ale wiem też, że taka motywująca gadka bardzo ją uspokaja. Tak pragnie dobrych wieści, że gdy już jakieś usłyszy przylega do nich całą duszą.
- On ma się dobrze. Stąd do rogu jest szmat drogi.. jak będziemy tam szli na pewno go znajdziemy. Zobaczysz.
- Też w to wierze, Niall. - powiedziała cicho, ściskając moją rękę – Nawet nie wiesz jak bardzo.
Nie płacze, ale chyba z tego powodu, bo nie ma już na to sił. Teraz jej twarz jest całkowicie pozbawiona emocji – jak będę miała okazje, zabije ich wszystkich.
- Okeeeej – zaśmiałem się – ale uważaj na fryzurę.
Szturchnęła mnie łokciem w bok też się uśmiechając. No chociaż tyle.
- Oj Horan, burczy ci w brzuchu?
- Uznam to za pytanie retoryczne. Od początku wejścia na arenę mój żołądek wydaje takie dźwięki...człowiek je teraz 10 razy mniej niż powinien, czyli ja jem 20 razy mniej.
Udało mi się nawet z nią pożartować. Robiłem wszystko, żeby tylko przestała się zadręczać. Jak teraz się rozsypie, to klapa.
Gdy zaczęło się przejaśniać obudziliśmy resztę. Omówiliśmy jeszcze plan i od razu wyruszyliśmy. Nic ze sobą nie zabieraliśmy, bo czy wygramy czy nie, i tak tu nie wrócimy.
Nie było żadnego krwiożerczego podkładu muzycznego, podniosłej chwili gdy wszyscy kroczą na bój przez las ani nic z tych rzeczy. Po prostu szliśmy i od czasu do czasu wymienialiśmy się jakimiś uwagami. Nic więcej.
Wlokłem się z tyłu z chłopakami, potykając co chwile o własne nogi. Rozmowa cały czas schodziła na tor Harry'ego..wszystko było inne bez niego, a my nie byliśmy sobą. Louis nie żartował, Liam się nie mądrzył, Zayn nie gadał o swojej buźce a ja o żarciu. Czułem się jakby zabronili mi oddychać.
Słońce górowało, więc wybiło już południe. Wtedy wszystkie rozmowy ucichły, bo z lasu wyszliśmy na polane. Od rogu dzieliło nas parę metrów.
I dopiero teraz zaczęło do mnie docierać, jaką wagę ma cała ta sytuacja. Po mojej pewności siebie i spokoju nie było już śladu.
Liam kazał każdemu wziąć to, co uważamy za słuszne. I oczywiście nie miałem pojęcia, co wybrać.
Jako ostatni wyciągnąłem z rogu jakąś kolczastą maczugę i dołączyłem do reszty. I tak nie będę umiał jej używać ani nie będę wstanie kogoś zaatakować. To jest nieludzkie.
Stanęliśmy ramie w ramie, w równej linii i jak zastęp żołnierzy powoli zbliżaliśmy się do platformy która wyniosła nas na arenę. Mam wrażenie, że oni po prostu nas zignorują i nie wyjdą nam na spotkanie. Zmuszą nas do tego żeby tu zostać i pozabijać się nawzajem.
Kiedy byliśmy już blisko szarego wzniesienia, usłyszałem za sobą śmiech.
Kątem oka zerknąłem w bok. Wszyscy się zatrzymali i mieli tak samo przerażoną minę, jak ja.
Zaczyna się.
Odwróciłem się chyba jako jeden z pierwszych. Włos zjeżył mi się na karku, a paznokcie tak wcisnęły w skórę, że chyba zaczęła krwawić.
- No, no, no – dwaj faceci ubrani na czarno stali na dachu rogu obfitości. Wśród nich był Josh, chłopak, który omal nie zabił Cherry, z Harrym leżącym u jego stóp – Miło was widzieć, nędzna grupko wojowniczków.
Tuż przy linii lasu stał szereg mężczyzn. Byli ubrani w jakieś łachy, a w rękach mieli pałki i zwykłe ostrza. Spodziewałem się raczej gości w garniturkach i z pistoletami.
- Inaczej się umawialiśmy. Nie ładnie nie wykonywać naszych poleceń. Ale skoro nie chcecie pozabijać się sami, my to zrobimy. Wasz wybór – Jane wydała z siebie zduszony pisk, co tylko rozbawiło Josha – poprzedzając wasze pytanie moi drodzy, nikt po was nie przyleci. Nie wpadną i nie krzykną 'stój, policja!'. Przykro mi. - zaśmiał się chłodno – oj, biedna, biedna Cherry. Gdybyś tylko widziała swoją minę, suko. I wiedz, że to twoja wina. Gdy tylko dowiedzieliśmy się o tym, że jesteś głównym organem tego waszego powstania, znaleźliśmy twojego kochanego pedałka i torturowaliśmy za twoje błędy. Nie ładnie.
Cherry zaczęła krzyczeć, kląć i chciała rzucić się do przodu, ale Louisowi udało się ją przytrzymać. Ale kiedy go kopnął, sam Tomlinson nie wytrzymał. Liam musiał utrzymać ich oboje.
- A ty, blondyno ? - odezwał się mężczyzna w czarnej kominiarce - Kto to widział, żeby jakaś homo była gwiazdą? Mogłybyście oszczędzić sobie czułości na arenie. Chociaż, miło było zabić Glimmer. Rozdzieliliśmy zakazaną parę, a widzowie pewnie byli zachwyceni. Gdybyś tylko widziała jej minę, jak wbiłem jej nóż w szyj..
Nie dokończył, bo strzała z łuku Ellie przeszyła jego tętnice.
I wtedy zaczęliśmy biec. Tak jak oni. Wszyscy rzucili się do boju oprócz Josha, który nadal z drwiącym uśmieszkiem tkwił przy Harrym.

* Harry*

Leżałem na łące, pod dużym drzewem z różowymi liśćmi.
Kwiaty kwitnącej wiśni. Zawsze chciałem mieć takie za oknem.
Nagle zza krzaków wyszła Cherry..zaczerwienione policzki, różnokolorowe oczy i rozwiane włosy. Obrazek, który śni mi się po nocach.
Chciałem się poruszyć, ale nic z tego. Ciało dalej było sparaliżowane, a ja tkwiłem na tej trawie.
Zaczęła powoli się zbliżać, ale nagle jej twarz przybrała całkowicie inny wyraz. Była zrozpaczona, jakby ktoś nagle kopnął ją w brzuch.
Trawa zmieniła się w szarą posadzkę, ptak, siedzący na moim ramieniu w czyjś but, a ciche szumienie lekkiego wiatru w krzyki i zawodzenie.
To znowu się stało. Już ciężko odróżnić mi moje urojenia od rzeczywistości.
Zacząłem kręcić głową jak najszybciej umiałem, co sprawiło mi straszny ból, ale nadal potrząsałem lokami dając jej do zrozumienia, żeby się wycofała. Gdy Josh się odwróci. Gdy ją zobaczy.
Wtedy umrze, tak jak ja umieram w tej chwili.
Ale zauważył. Nie miałem siły nawet krzyknąć, poruszyć palcem czy zajęczeć. Po prostu patrzyłem, jak się do niej zbliża i jak chce zabić cały mój świat.
A wtedy usłyszałem dźwięk tłukącego się szkła. Cherry leżała obok mnie, uśmiechała się, ale z jej ust leciała krew. Czyli umrzemy. Razem.
Ktoś mnie podniósł i powiedział, ze wszystko będzie dobrze.
****

WITAJCIE LUDY ME, OTO PRZYBYWAM NA MOIM WIERNYM RUMAKU!
DZISIAJ HALLOWEEN! Mówię ojcu : ej tato, jak cie przestraszę to kopsniesz to coś słodkiego? a on na to : no to powodzenia. więc dwie godziny potem przychodze zapłakana i mówie :' jestem w ciąży. HAHAHAHAA SUCHAR TIME! ' biedaczyna aż dał mi całe opakowanie biedronkowych cuksów, ah XD
ano, dziś środa, i czekam jak na szpilkach do 21. ciekawe, co to za wiadomość od chłopców.. JEŚLI KONCERT, TO GWARANTUJE WAM ŻE AVICII SIĘ POSRA :D
dobra, a teraz przejdźmy do interesów. A WIĘC OBWIESZCZAM WAM, ZAPRAWDĘ, ŻE IGRZYSKA DOBIEGŁY KOŃCA! kretyni wracają do domu żeby przez dwa następne rozdziały zwijać się w spazmach bólu i goryczy, a potem być jeszcze głupsi niż ustawa przewiduje. to taki prolog xd
+ co do przyszłych rozdziałów, będę w nie wplatać wspomnienia Ellie, bo jej historia też musi mieć swoje pięć minut w tym opowiadaniu.
szczerze mówiąc temat igrzysk też aż do wyrzygania mnie męczył, bo na początku myślałam ' ojej, cóż za sjupa pomysł dziewojo, to na pewno będzie strzał w 69wiątkę', ale teraz widze tego konsekwencje. bohaterowie będą zmęczeni nie tyle co fizycznie a psychicznie, i zanim wszystko wróci do normy  musi troche minąć. ale jakoś damy rade : ) 
okej kończe moje zrzędzenie, bo pewnie nie chce wam się już tego czytać. więc BYWAJCIE MOI MILI ! :D